Utarł się stereotyp, o tym że
Polacy nie cierpią dwóch narodów – Rosjan i Niemców. Na temat
Rosjan już pisałem, dziś postaram się obiektywnie spojrzeć na
historię stosunków Polsko-Niemieckich.
Pierwsza, najbardziej
znana bitwa naszego świeżo powstałego państwa to oczywiście
bitwa pod Cedynią w 972 roku. Jest to najlepiej znane zwycięstwo
Mieszka I nad wrogiem zewnętrznym, w którym to nasz książę pobił
Niemców właśnie. Jednakże w owym okresie Niemcy Niemcom nie byli
równi, Cesarstwo już wtedy nie było silnie scentralizowanym
państwem, a poszczególni margrabiowie lubili działać na własną
rękę. Dlatego też bitwa pod Cedynią nie była częścią wojny
Polsko-Niemieckiej, tylko sporu Mieszka z margrabią Hodonem, który
zaniepokojony był wzrostem siły i podbojami polańskiego księcia.
Historia wczesnego średniowiecza pełna jest przelotnych sojuszy,
łupieżczych najazdów, mniejszych i większych wypraw;
przywoływanie ich wszystkich nie ma większego sensu, skupię się
więc na jednej z ciekawszych wypraw cesarza Henryka V na państwo
Bolesława Krzywoustego. Wojnę tą rewelacyjnie opisał Gall Anonim
w swojej kronice, a jednym z bardziej interesujących jej momentów
jest obrona Głogowa, podczas której cesarz za kilka dni rozejmu
nakazał wydanie z grodu zakładników, po czym w trakcie szturmu
przywiązał ich do machin oblężniczych. Źródła przedstawiają
bohaterską obronę Głogowian i ich poświęcenie z powodu utraty
bliskich, którzy zginęli z ich własnych rąk. Rzadziej już mówi
się o tym, że wśród Głogowian było wielu zwolenników księcia
Zbigniewa, brata Bolesława, który namówił Henryka V do ataku na
Polskę. Głogowianie słali poselstwa do Krzywoustego z zapytaniem
czy mają bronić się czy ustąpić cesarzowi; odpowiedź księcia,
który notabene obozował z armią blisko grodu, była jasna: jeśli
ustąpią to on osobiście ich wszystkich powywiesza. Jak widać
strach przed własnym księciem był większy niż lęk przed
cesarskim rycerstwem i broń psychologiczna w postaci przywiązanych
do machin synów. Niektóre źródła podają, że wyprawa Henryka V
zakończyła się walną bitwą na Psim Polu pod Wrocławiem, jednak
historycy od dawna zapewniają, że bitwy takowej w rzeczywistości
nie było.
Przejdźmy teraz nieco dalej w epoce średniowiecznej
i przyjrzyjmy się konfliktom Polsko-Krzyżackim. Zakon Najświętszej
Marii Panny Domu Niemieckiego sprowadzony został na ziemię
chełmińską przez księcia mazowieckiego Konrada (niewielu wie, że
został on do tego namówiony przez Henryka Brodatego). Krzyżacy
szybko uporali się z zagrażającym od dawna Mazowszu pogańskim
Prusom i przystąpili do organizacji własnego państwa. Wyrzuceni
już z Wenecji i Węgier znaleźli w końcu swoją ziemię obiecaną
germanizując wschodnie wybrzeże Bałtyku. Współpraca
Polsko-Krzyżacka układała się początkowo pomyślnie, Piastowscy
książęta mieli wygodną wymówkę by nie brać udziału w
wyprawach do Ziemi Świętej, gdyż krucjatowali sobie na Prusów i
Jaćwięgów u boku potężnego, krzyżackiego sojusznika. Prawdziwe
problemy rozpoczęły się za panowania Władysława Łokietka.
Postać ta dość ciekawa, choć przez wielu jest nieco przeceniana,
faktem jest, że Łokietek był niezwykle uparty, żył długo
(przeżył wszystkich swoich politycznych oponentów) i miał
genialnego syna; ale niestety Pomorze Gdańskie utracił. Ziemie te
zagrożone przez najazd Brandenburczyków (Niemcy) Łokietek zlecił
obronić swoim lennikom – Krzyżakom (też Niemcy), lennicy z
zadania wywiązali się brawurowo, ale Władysław nie miał w jaki
sposób im zapłacić za ich walkę. Dlatego też Krzyżacy zajętego
przez siebie Pomorza Polsce nie oddali odcinając ją tym samym od
Morza. Bitwa z Krzyżakami pod Płowcami również nie była ogromnym
zwycięstwem, ot rozbiliśmy straż tylną armii zakonnej, jednak
bitwa ta została rozbuchana przez polską propagandę do roli
wielkiej wiktorii. Do kolejnej większej konfrontacji miało dojść
dopiero za panowania Władysława Jagiełły, sądy i przepychanki
dyplomatyczne za Kazimierza Wielkiego pomijam, gdyż byłyby dla
czytelnika nudne. Wielka Wojna z Zakonem Krzyżackim i jej
zwieńczenie pod Grunwaldem w 1410 roku była niewątpliwie jednym z
największych wydarzeń w historii Europy. Polacy i Litwini dokonali
czynu niemal niemożliwego; ale jak często bywa z wielkimi
zwycięstwami tak i to nie zostało należycie wykorzystane. Nie
udało się zdobyć Malborka, nie odzyskaliśmy Pomorza Gdańskiego.
Zwycięstwo miało jednak olbrzymie znaczenie propagandowe,
złamaliśmy potęgę Zakonu i przekonaliśmy Europę, że pomimo
przymierza z pogańską, do niedawna, Litwą Bóg jest po naszej
stronie. Dlatego też siły Krzyżaków przestały być wzmacniane
przez rycerstwo z Europy Zachodniej i musieli oni zacząć polegać
na żołnierzach najemnych, których lojalność była wątpliwa, co
wykorzystał Kazimierz Jagiellończyk podczas Wojny Trzynastoletniej
odbijając Gdańsk, ale już nie w Pomorzu Gdańskim, lecz w Prusach
Królewskich, ot taka zmiana nomenklaturowa po ponad stuletnim
panowaniu Krzyżaków. Zadajmy teraz pytanie: czy Krzyżacy dążyli
do zniszczenia Polski, pognębienia jej, wymazania z mapy Europy?
Oczywiście nie! Krzyżacy dążyli najpierw do przetrwania, później
do powiększenia swego terytorium, a w końcu do ustabilizowania
swojej potęgi. Posiadając olbrzymi potencjał militarny, sprawną,
zakonną organizację i posłusznych zakonników zamiast butnych
rycerzy, a także środki finansowe (skarbiec zakonny do pokoju
toruńskiego, obok skarbca króla Anglii Henryka VII był jedynym w
historii późnośredniowiecznej i nowożytnej Europy, który był
zawsze pełen i nieobciążony długami) Krzyżacy mogli zrealizować
te cele i byliby imbecylami politycznymi gdyby tego nie zrobili.
Królestwo Polskie, jako kraj chrześcijański, z definicji nie mógł
być celem ich ataków, gdyż ich misją była walka z poganami; sama
Polska dawała im preteksty do ataku nie wywiązując się ze
zobowiązań lub zawierając przymierza z pogańską Litwą (mam na
myśli czasy Łokietka, nie Jagiełły). Poza wojnami z Polską,
Krzyżacy wojowali z wieloma innymi krajami, np. Litwą czy Danią,
ich głównym celem nie były biedne Kujawy czy ziemia dobrzyńska,
ale panowanie nad Bałtykiem.
Kolejni Jagiellonowie złamali
potęgę Krzyżaków i podporządkowali ich sobie już jako świeckie,
luterańskie Prusy Książęce. Również niebezpieczne Cesarstwo
stało się zlepkiem małych ksiąstewek, spośród których Korona
graniczyła jedynie z ubogą, słabą Brandenburgią, która już w
średniowieczu zdążyła nieco napsuć nam krwi, ale były to raczej
lokalne i mało znaczące epizody, jak na przykład zamordowanie
Przemysła II (w sumie nieco przypadkowe). We wczesnej epoce
nowożytnej stosunki Polsko-Niemieckie ograniczają się do kontaktów
dyplomatycznych z Habsburgami. I tutaj rzecz jest zaskakująca,
pomijając wyprawę arcyksięcia Maksymiliana po koroną po
rozdwojonej elekcji, nie ma przypadku wojny między Rzeczpospolitą a
Cesarzem. Pomimo sporej niechęci polskiej szlachty do Habsburgów,
która zawsze wzbraniała się przed elekcją przedstawiciela tego
rodu na króla i dostawała białej gorączki podczas małżeństw
Zygmunta III z Anną, następnie Konstancją (tutaj doszedł problem
pokrewieństwa, gdyż obie królowe były rodzonymi siostrami) oraz
Władysława IV z Cecylią Renatą. Sojusz polityczny i wojskowy
Rzeczpospolitej i państwa Habsburgów kwitł w najlepsze, cesarz
pomógł nam nawet zbrojnie w trakcie Potopu Szwedzkiego, a my
powstrzymaliśmy się od zaatakowania go podczas Wojny
Trzydziestoletniej choć mieliśmy doskonałe warunki do zajęcia
Śląska. Wracając do Potopu Szwedzkiego, to od tego wydarzenia, a
raczej od traktatów welawsko-bydgoskich zaczyna się historia
naszego przyszłego arcy-wroga, ale o tym później. Należy tylko
wspomnieć, że w zamian z odejście Brandenburgii od sojuszu ze
Szwedami, który kwitł w najlepsze, czego dowodem może być klęska
Jana Kazimierza pod Warszawą, król zrzekł się zwierzchności
lennej nad Prusami Książęcymi, co było brzemienne w skutkach.
Wracając do przyjaźni Polsko-Habsburskiej; jej apogeum przypadło
za panowania Jana III Sobieskiego. Król ten miał niebywałą
sposobność zniszczenia Austrii, figurował bowiem jako element
planu króla Francji Ludwika XIV, z którym to Rzeczpospolita miał
zawrzeć sojusz w celu pokonania Habsburgów. Tu trzeba wspomnieć,
że już Władysław IV, Jan Kazimierz i Jan III Sobieski mieli za
żony Francuzki, więc widoczne jest tu przeorientowanie polityczne.
Sobieski pozostał jednak wierny cesarzowi i ocalił go od
nieuchronnej klęski z rąk Turków w 1683 roku, a nawet pomógł mu
odbić z ich rąk Węgry nie otrzymując prawie nic w zamian. Kiedy
Rzeczpospolita chyliła się ku upadkowi pod rządami Sasów, królów
wprawdzie miernych, ale z pewnym potencjałem u naszych boków rośli
potężni sąsiedzi. W XVIII wieku nasz kraj nie nadawał się już
do rządzenia, samowola oligarchów magnackich i zrywanie sejmów
pokonałaby nawet najgenialniejszego przywódcę, a co dopiero
fajtłapowatych Augustów. Nieuchronną koleją rzeczy demokracja
przeradza się w ochlokrację, a tę może uzdrowić tylko tyrania.
Tak też stało się W Polsce. Nic dziwnego, że wśród rozbiorców
były aż dwa państwa niemieckie, po prostu (poza Turcją i Rosją)
Rzp-lita z innymi nie graniczyła, a co ma zrobić silny i dobrze
rządzony kraj, który potrzebuje terenów do ekspansji, kiedy bod
bokiem ma kolosa w stanie agonii? Rozbiory były faktycznie tragedią
dla Polski, ale zadziałały też jak kubeł zimnej wody dla Polaków.
Tylko dzięki nim do głosu mogli dojść bohaterowie, którzy w
innych okolicznościach nigdy nie mogliby zaistnieć, jednak za
bardzo odbiegłem od tematu.
Po zawierusze napoleońskiej, w
drugiej połowie XIX wieku rozpoczyna się w całej Europie proces
budzenia się świadomości narodowej. Dopiero od tego momentu możemy
mówić od stosunkach jednego narodu do drugiego, wszystkie
wydarzenia wcześniejsze były tylko decyzjami niewielkiej grupy
rządzących, a państwa de facto należały do swoich władców.
Proces ten zaczął dotyczyć zarówno Polaków jak i Niemców, a co
mieli zrobić rządzący, kiedy w ich własnym kraju zaczyna
powstawać grupa świadoma swej obcości i dążąca do oderwania
się? Zabór pruski i austriacki są idealnym przykładem dwóch dróg
rozwiązania tego problemu. W wieloetnicznym tyglu kulturowym
Cesarstwa Austriackiego Polacy stanowili niewielką część
problemu, dlatego też Wiedeń zdecydował się na formę
federalistyczną, poszczególne kraje Habsburskie otrzymywały
swobody i autonomię, zaczęły działać sejmy krajowe o
ograniczonych kompetencjach, mógł rozwijać się polski język,
szkolnictwo i kultura, nic dziwnego, że akurat w tym zaborze u
władzy utrzymali się konserwatyści, zwłaszcza, że gorące głowy
zostały ścięte w trakcie rabacji. Z kolei Prusy mogły pozwolić
sobie na rozwiązanie problemu poprzez dociśnięcie śruby, tępiono
polski język, szkolnictwo, samorządność. Poprzez germanizację
starano się zmienić Polaków w Niemców, zaczęły działać takie
organizacje jak Hakata, a symbolami tych czasów stały się
strajkujące dzieci z Wrześni i wóz Drzymały.
Koniec części pierwszej